Elegancki pan z ciemnych bram. Top 25 Kaza Bałagane

25 utworów z kilkunastu albumów kontra pięciu dziennikarzy z różnych światów. Kto wygra tę nierówną walkę? Oczywiście jedyny w swoim rodzaju Kaz Bałagane, który nie tylko mówi własnym językiem, ale też wymyka się szkołom, klasyfikacjom i tajniakom, a do tego nagrał jedną z lepszych rapowych płyt 2020 roku. Cóż, broniliśmy się nieźle i mamy na to poniżej twarde dowody.

Zasady były proste – Mateusz Osiak, Dawid Bartkowski, Kajetan Szewczyk, Krzysztof Nowak i Marcin Flint wybrali 25 kazowych numerów (uwzględniając te z płyt stanowiących kooperacje), układając je od najmniej do najbardziej ulubionego. Ostatnie miejsce miało jeden punkt, to pierwsze 25 i tak dalej.

Wszystko podliczyliśmy i wyszło nam z tego ponad 70 utworów, z czego tylko dwa były na liście wszystkich. O czym to świadczy? Że udało się dobrać różnorodne grono dziennikarskie. Ale przede wszystkim o tym, że Bałagane to bardzo różnorodny twórca bez oczywistych przebojów. I że – wiemy, że to brzmi jak jeden z bałaganowych wersów – każdy ma swojego Kaza. Oto nasz. 

25. „Muszę to mieć” (2014)

Być może to najlepszy „niealbumowy” numer Bedogie, a już z całą pewnością mój absolutny numer jeden w bogatej dyskografii typka, któremu do oddychania potrzebne są seks, muzyka i sos. „Muszę to mieć” przynosi wersy dalekie od absurdu, jednocześnie klasycznie bałaganowe, z genialnym, zawstydzającym nawet Jimsona wordplayem „kawał na kanał”. Jest tu jeszcze życiowa maksyma „Kiedyś było chujowo albo gorzej”, kandydatka na dziarę dla każdego odważniejszego osiedlowego fuck boya. Beat z „Come on” Bernera to też pełnia smaku, soulfulowy luksus jak wysmakowane porno premium, a i Belmondo dzielnie towarzyszy Kazowi niczym Iggy Pop Davidowi Bowiemu, który przecież nie zawsze był smutny. Na pewno by nie był, gdyby dane było mu posłuchać tego numeru. (Dawid Bartkowski)

24. „Narcyz” (2017)

Masturbacja follow-upami do samego siebie to w polskim rapie żadna nowość, jednak zrobienie tego z taką lekkością, jak Kaz zrobił w “Narcyzie” na płycie „Narkopop”, to już wyższy level (niekoniecznie onanizmu). Kawałek składa się z kilkunastu odniesień do wcześniejszych numerów Bałagane wplecionych w wiele jedno-dwuwersowych krótko, acz sugestywnie namalowanych historyjek. Łatwo odnaleźć w nich samego siebie. I już mniejsza o to, czy “Sportowa noc” przypomina się nam podczas ruchów frykcyjnych, bo refreny bądź pojedyncze wersy Kaza rzeczywiście mogą się kołatać w głowie przeróżnych sytuacjach, więc i my możemy zostać bohaterami “Narcyza”. A że sam Kaz lubi swoje nutki, to chyba dobrze. (Mateusz Osiak)

23. „Piękne freski” (2018)

Nie ukrywam, że w rapie Bedogie najbardziej lubię momenty, w których okazuje się, że jego umysł to luksusowa przestrzeń wystawiennicza dla całej gamy popkulturowych dzieł i sytuacji. „Piękne freski”  z „Księcia nieporządek” są idealnym połączeniem w pełni kontrolowanej, nieco burackiej bajery, z ukazaniem aspiracji do lepszego życia, którego przejawy przy okazji się wyśmiewa. Oto Kazek, jako pozornie nieobyty flejtuch, wbija na salony i prezentuje tam swoją, niesłusznie uznaną za niską, sztukę. Od kotła skojarzeniowego (Michelangel rapu, D’Angelo Russell), przez świetny punchline rozbity na dwie zwrotki o tym, że Kazek ma więcej siana od starej słuchacza, aż do poetyckich wstawek – umieszczonych trochę dla śmiechu, ale bardziej zaczepnie, by wywołać konsternację. Czy to jeszcze beka, czy już sztuka wysoka? (Kajetan Szewczyk)

22. „All Day Everyday” (2017)

Podręcznikowa przewózka, w której pada legendarny już wers: „Mógłbym skromny być, ale mam na imię Jacek”. Bit Kesza kręci się precyzyjnie pod dostojnym flow Bałagana, a hitowy refren z końcówkami na pojedynczej sylabie wyróżnia się na tle bardziej złożonych zwrotek. Jak słychać, można być wściekle skutecznym raperem polegając wyłącznie na swoich patentach i konsekwentnym dobieraniu bitów. To rap, który sunie „przez osiedla ludzi dotkniętych ZUS-em” tak, że każdy zerka przez okno, żeby popatrzeć. W 2017 roku mało który raper mógł pochwalić się takim flagowcem, jak ten zacumowany na płycie „Narkopop”. Pokażcie mi drugiego gracza w Polsce, który ma na klipie swoją partnerkę życiową i otwarcie przyznaje, że jest dla niego panią domu i zdzirą w jednym. (Kajetan Szewczyk)

21. „Odloty.pl” (2015)

Raper patrzący na temat sexworkingu i to jeszcze z pozycji obsługującej, nie obsługiwanego? W naszych realiach brzmi to jak scenariusz okropnie żenującej, seksistowskiej komedii. Ale Kaz nie pokleił tu do siebie paru idiotycznych grepsów , tylko podszedł do tematu jak reportażysta. Kroi temat stołecznego seksu za hajs jak tort, przez wszystkie warstwy, tylko nikomu nie jest potem słodko. Od tłuściochów z małą fujarą i straponem i wieśniaków na kawalerskim, po nadmiernie zainteresowane sąsiadki czy narkomanię pracownic – numer ma aż cztery zwrotki, pisane czujnie, z nerwem, okiem do detalu, uchem do słownictwa i na szczęście z włączoną empatią. Wersy „Nie musi się spowiadać, dawno wybrała ścieżkę / Wie co robi i założy w życiu rodzinę jeszcze” wybrzmiewają smutno i gorzko. „Odloty.pl” to nie tylko perła w koronie „Lotu 022”, ale całej dyskografii. (flint)

20. „Mikołaj Koper” (2018)

Właściwie „Mikołaj Koper” to typowy Bałagane (tylko lepszy). Trafił gdzieś na początek „Księcia Nieporządek”, ale mógłby gdziekolwiek indziej. Słyszymy mainstreamowego typa, który nie jest w mainstreamie, bo rzuca „dziwne” wersy i skacze po skojarzeniach jak szachowy konik. Obok siebie jest „szlachetna dusza” i „pod jajami łyso”, są „świńskie kluchy” i „Gucci lacze”. Po „wycieram końcówę w kudły twoich kumpli z grupy” niejedna wrażliwa duszyczka przełączy z pewnością na Quebo. I dobrze, ci co zostaną zrozumieją parę rzeczy. Na przykład to, że śpiewane autotune’owe o tym, że bez benzo nie zaśniesz może zawierać testosteron. I że można robić bangery jednocześnie na czasie i na własnych patentach. (flint)

19. „Linijki” (2016)

Trzeba być lepszym zgrywusem, żeby w pierwszych trzech wersach sprytnie pobawić się słowem i jego konotacjami, tworząc kilka sensów, a w kolejnej trójce odżegnać się od słuchania tzw. mądrych rapów i nagrywania takowych, wskazując na niechęć do wpieprzania młodym słuchaczom andronów do głów. Abstrahując od tego początkowego igrania z odbiorcą, umieszczony na płycie „Radio Gruz” utwór „Linijki” jest bodaj najmocniejszym, ale jednak jednym z najzwyklejszych kawałków Jacy. Owszem, temu rządzonemu przez dwie prędkości muzyczne podkładowi daleko do sztampy, lecz same barsy to tylko (albo aż) dobra, chamska bajera Bałagana i solidny refren pod koncerty. Nieprzekombinowane rzemiosło, które opiera się upływowi czasu. (Krzysztof Nowak)

18. „Rozpłynięty chłopak” (2019)

Kaz przyszedł tylko podać i to wcale nie tak, jak Koke z Atletico. Piękny, sentymentalny i jednocześnie pogrążony we własnym chaosie numer na mięciutkim, rozpływającym się podkładzie Apmg i D3W, o którym śnią gwiazdorzy z Toronto. Problemy skryte za kolejnymi koszulkami z wielką Balenciagą na klacie, a także za potrzebą zwykłego zrozumienia – samotnością, niepewnością i bliskością drugiej połówki, niekoniecznie osoby. I te kontrasty są w tym wszystkim najlepsze, bo pod pozornie prostym tekstem kryje się wiele linijek do intepretowania na swój osobisty sposób. Najważniejsze w tym pochodzącym z płyty „Polska gotówkowa” utworze jest to, w jakim stopniu jest własny. (Dawid Bartkowski)

17.Poka fejs” (2016)

Te cholerne „Radio gruz” to kopalnia diamentów i genialnych hooków. Jednym z evergreenów jest „Poka fejs” z gościnnym refrenem Fostera – niezbyt wymagającym, a i tak lepszym niż kiedykolwiek wcześniej i później. Tinderowy love song ze street creditem i talerzami niekoniecznie kojarzącymi się z kuchnią świata, podany na obłędnym, nocnym podkładzie Olka, który sprawia, że każdy konkurent to ostatecznie „koliber króciak”. Jednak to i tak nic przy tym, co wyprawia tu sam Kazek. Te wszystkie gierki i zabiegi słowne („Be do gie, walking bankroll / Jebię sobie Bake Rolls, to nie chleb, to mój chleb”) zarezerwowane są dla najlepszych, nawet jeśli scena zrozumie je dopiero za kilka lat. (Dawid Bartkowski)

16. „Bracia Golec” (2016)

“YyyyYYYYyyyyyYYYYYyyyy, właśnie taaaaak, właśnie, właśnie tak”. Gdyby ktoś potrafił zdefiniować to, co działo się między Belmondo i Bałagane w ich złotym okresie, dostałby Nagrodę Nobla z chemii. W “Braciach Golec” – numerze, który miał się znaleźć na bonusowej płycie do fizyka „Sos, ciuchy i borciuchy”, ale ta wynikiem kwitflipa nigdy się nie ukazała – widać znakomicie, jak silnie potrafią oddziaływać na słuchaczy: obaj rzucili jedynie po osiem wersów, do tego mamy refren, durne adliby, kilka one-linerów i w taki sposób dostaliśmy jeden z bangerów dekady. W kwestii linijek obaj się popisali. Bezpardonowe wejście Kaza: “Góralu, czy ci nie żal? W chuju Jaya Z mam i Khaleda / Nie ma, że impreza bez talerza, nie ma, że to legal” czy proste, ale charyzmatyczne “Heja, heja, heja, hejka, palę se haze’a” Belmondziaka to coś, za co kocha się ten duet. (Mateusz Osiak)

15. „Drugi blok” (2020)

Nie kryję, że pierwszy bałaganowy „Blok” był dla mnie ostrą – nomen omen – profanacją. A drugi, nówka sztuka z „Digital Scale Music”? Zacznijmy od końca, od tego, że Olek tu uzyskał tę nośność beatu, którą Kaz się żywi i która pozwala wznieść się tym nieprzyjemnym treściom. Raper nie mówi jak żyć, za to zdecydowanie mówi, jak nie żyć. Jego blok to jeden szczęśliwy Tinder Hemingway, poza tym ludzie rozjebani przez prawo, ekonomię, nałogi. Wszystko to pełne wpędzającej w zakłopotanie swojskości – śnieżek z gównem i kotów wypadających z okien, a także obrazków ekscytujących „normalsów” – Tramal pity pod setkę, oszczana brama najlepsze do kitrania mateksu. Na każdym piętrze czuję się historię, którą można by pociągnąć jak sprutą nitkę, do kłębko-kawałka. Kaz reducent tego nie robi i również to go wyznacza. (flint)  

14. „Prosciutto Crudo” (2017)

„Dziwko jestem nowym Nasem/Pokaż, kto ma lepszą dyskografię” – i tutaj mógłbym skończyć, bo ten wers był gorszy niż złamanie dwóch kończyn, choć wiem też, że większość materiału Kazka jest co najmniej bardzo solidna. Co więcej, to raper wciąż istotny dla sceny i poszerzający krąg odbiorców, a po tylu projektach nie jest to oczywiste. „Nawijam jej na uszy udon/Ja jestem Method, a ty U-God/Chciałeś tu wypłynąć, ale wyszedł kutos/Miałeś tu wypłynąć, ale wyszło głupio/Jestem ostatnią nadzieją tego rapu, suko”. Nawiązania do kulinariów, celne punche z gatunku „rap trivia”, rzucony od niechcenia „kutos” i bezpardonowe zakończenie. „Prosciutto Crudo”,chluba albumu „Narkopop”,  nie pozostawia złudzeń, że Kaz doskonale wie po co przyszedł i jak to osiągnąć. „Możesz nie lubić, i tak będziesz śpiewał teksty” – taka prawda. (Kajetan Szewczyk)

13. „Pracownik roku” (2019)

Patrząc na poziom albumu producenckiego Kubiego to żaden wyczyn, ale i tak warto odnotować: „Pracownik roku” jest najlepszym kawałkiem z tego źle skręconego składaka. Ważniejsze jednak, że także w dyskografii Kazka plasuje się wysoko, będąc skondensowaną esencją stylu. Nie ma w tej pasywno-agresywnej grze drugiego gościa, który wszedłby na płytę delikwenta i usadził go, uszczypliwie przerabiając jego ksywę na „Reducent”, nie ma też nikogo, kto braggowałby wypierdalaniem brudnych naczyń i przyznawał, że nie przeszkadza mu robienie papy nawet na mało bystrych słuchaczach. Po prostu król przewózki, układający z pozornie mało powiązanych ze sobą scenek antologię polskiego urobienia, a do tego profesor zwyczajny Wyższej Szkoły Pisania Refrenów. (Krzysztof Nowak)

12. „Chanson de Geste” (2019)

Tytuł zobowiązuje i Kazek faktycznie uprawia epicką poezję, w której legendarny jest nie tylko sam bohater, ale i większość jego wypowiedzi. W tym rozwijającym formułę „Pięknych fresków” kawałku skondensowana jest właściwie cała moc stylówki Bedogie. Są autonawiązania (gram na jej cipie jak hi-hat), jest brak odmiany rzeczowników (dziura w bani jak w bajgiel), jest obowiązkowe (sic!) wspomnienie o ruchaniu goblina, są też wersy gastronomiczne. No i jedna z moich ulubionych czwórek u Kaza, czyli: „Kiedyś tu był Wu-Tang, bity na jednym loopie/Dzisiaj słucham gówien, jak Ou t’es papa ou t’es/Chemik i profesor, jak kiedyś Jerzy Buzek/Nigdy mnie nie rozkminicie, mówię wam”. Tak właśnie zawodnik MDMA  radzi sobie na płycie„Polska gotówkowa”. Rzuca linijki, które włażą do głowy. (Kajetan Szewczyk)

11.„Jacky” (2018)

Płaczliwe ćpunki z kozetki? Czemu nie, jeśli to dobre i komuś pomaga. Niespełnieni poeci? Spoko, w sumie rymowana poezja ma dzięki temu jakieś życie. Ale nie poradzę, że jak „myślę” raper, widzę bezczelnego gnojka, który się nie łasi, nie waha, nie umizguje, nie gryzie w język. Tak jak cieszył mnie spór Pezeta z jego internetowym fanbasem, to wytoczenie dział przeciw swojemu stulejarskiemu psychosłuchaczowi w „Jacky” z „Księcia Nieporządek” to ten moment, kiedy ostatecznie kupiłem Bałagane. Wersy „Co to w ogóle za klika, same gamonie na liścia / Jadę se tu na Powiśle ojebać naleśniczka / Bronisz takiego języka, że to jest dla wybranych / Ktoś to wymyślił na kiblu trzeci dzień najebany” to święto. Zapamiętaj balasie, „żaden jebany karzeł nie wejdzie na łeb żyrafie”. (flint)

10. „Do następnego” (2016)

Związek Kaza ze Stepem nie trwał zbyt długo. Warto dodać – na całe szczęście. Wydał tam tylko jeden krążek, “Źródło”, nie stając się parodią samego siebie, a kiedy wrócił na swoje mógł kontynuować karierę z jedną, wielką zmianą. Dzięki singlowemu “Do następnego” dał się poznać tysiącom nowych słuchaczy, którzy przyzwyczajeni do ulicznego, surowego rapu z kanału Stepu musieli mieć niezłego mindfucka słysząc jak Kaz otwiera kawałek wersem “twój rap stuleja i twój skład łoniaki”. Nie wiem, jak w waszych w bańkach znajomych, ale w mojej “Do następnego” puszczano najpierw bardzo nieśmiało, trochę dla beki (“Teraz słuchajcie – <cash money, nie kaszę mannę>, co on daje”), by z czasem utwór przerodził się w pełnoprawny banger puszczany także na trzeźwo. (Mateusz Osiak)

9. „Stara bida” (2017)

„Narkopop” imponuje pod wieloma względami, ale na pewno nie można do nich zaliczyć maksymalnego zróżnicowania materiału. Tak, wiem, jest „Stolik”, są „Kanikuły”, ale mamy też jeden utwór, który zasługuje na szczególną uwagę. „Stara bida” to stylówa króla, klasyczna konwencja, podkład będący niespełnionym marzeniem Pezeta circa 2012, a przede wszystkim znakomite wersy gospodarza, zwłaszcza te w drugiej zwrotce… Co można o nich napisać? Że są bardziej aktualne niż kolejne wygrzewy Rootsa Manuvy, Santany (Carlosa albo Juelza) i Afu-Ry, budzą również zazdrość tych, którym zamiast wielkiego szczytu „wyszedł wielki badyl” i których wkurwia ten cały Kazek. Właśnie tak brzmi najbardziej niedoceniony numer z arcydzieła sprzed trzech lat. (Dawid Bartkowski)

8. „Trendsetter” (2017)

Kaz to kreator smaku i stylu, o czym przekonuje w dość osobliwy sposób. „Trendsettera” zaczyna na dobrą sprawę refrenem, w którym ukrywa kokainę pod chrzanem, przyrównuje duże, rozlane sutki do pepperoni, a fit ma tak idealny, jak połączenie szynki parmeńskiej z rukolą. Te obrazy determinują zresztą cały track, bo powtarzają się co rusz, a zwrotki są króciutkie. Na szczęście stanowią wartość samą w sobie; gastrofaza mija, przy wtórze delikatnych dzwoneczków i intensywnego basu Bedogie odpowiada bez ogródek o twardości członka, kodowaniu tracków, braku konta, chodzeniu do solarium i odtykaniu nosa. Zaskakuje co skojarzenie, co wers. Mód się nie czepia jak rzep psiego ogona. On je na płycie „Narkopop” kreuje. (Krzysztof Nowak)

7. „Sos, ciuchy i borciuchy” (2014)

Proszę wszystkich o spokój! Ja wszystko wiem: za nisko i powinno być na pierwszym. Pamiętajmy jednak, że “Sos, ciuchy i borciuchy”, kapitalny kawałek, który nie znalazł się na przełomowym mixtapie o tej samej nazwie, to popis Belmondo i jego wersu: “Jak idę Nowym Światem mam śmiechawkę; haha, Huxley”. Bałagane brzmiał wtedy jeszcze jak wkurwiony dzieciak ze skrzeczącym głosem, który jednak miewał już swoje one-linerowe popisy i niekonwencjonalne nawiązania do piłkarzy jak: “Łapię piłki w obie ręce; Dušan Kuciak”. Nawet jeżeli początkowo może odrzucać pewna chałupniczość kawałka, “Sos, ciuchy i borciuchy” to jest to jeden z utworów wskazujących kierunek polskiego rapu w ubiegłej dekadzie. (Mateusz Osiak)

6. „40 i 4” (2020)

U Cultena deszcz dzwoni wiosenny, a Bałagan wykorzystuje to, by zaprosić słuchaczy na wielkie i bolesne otwarcie parasola w branżowej dupie. Ceremonię zaczyna spokojnym głosem, ale też od mocnego strzału: „Jeśli uraziłem ciebie kiedyś jednym z moich wersów / To uwierz, że zapewne był o tobie”, chwilę później refleksyjnie odsłania kulisy swojego zarobienia. Po tej przemowie beat popada w obłęd i zmienia się dynamicznie, warszawiak przez chwilę koncentruje się na sobie, po czym przystępuje do ataku. Wyśmiewa niedookreślonego (a przynajmniej niewymienionego z imienia) MC, zarzucając mu parę drobiazgów, np. predyspozycje do zostania sześćdziesiątką i przeskakuje do roastowania ogółu wielopoziomowych przegrywów. Otwierający „Digital scale music”  kawałek to wielka improwizacja bez refrenu, tak jak raperski mesjanizm nakazuje. (Krzysztof Nowak)

5. „Modlitwa” (2017)

Na początek trzeba zaznaczyć, że to jedno z najlepszych wystąpień Malika Montany w karierze. A teraz przejdźmy do gospodarza. Oszczędny bit daje przestrzeń dla jackowych statementów, a tych mamy tu sporo, bo zaczynamy od egotripu, żeby w drugiej zwrotce zwrócić uwagę na zachowania, które Jacę po prostu by ograniczały, a są powszechnym stylem życia w jego najbliższym otoczeniu. „Narkopop” dla wielu pozostaje najlepszym albumem w karierze Bałagana i faktycznie był dla rapera wejściem na wyższy poziom. Zarysowana na nim droga realizowana jest do dzisiaj, a po „Digital Scale Music” słychać, że wszystko idzie zgodnie z planem.

„To już nie polski rap tylko światowy/Chociaż w sumie to już Narkopop”. Z całej grupy Belmondziaków, Malików i Sentinosów Kazek potrafił się wyrwać i wybudować sobie własne cztery kąty. Nie było to wcale takie oczywiste. Historia pokazuje, jak wielu raperów nie ma w sobie zdolności do działania samodzielnie. W USA mieliśmy przykład Roc-a-Fella czy G-Unit, gdzie podkomendni nie byli w stanie z żołnierzy przekształcić się w generałów, a w Polsce świetnym przykładem będzie Diho Raz czy młody narybek wzięty pod skrzydła przez Sobotę czy VNMa. Kaz mądrze rozegrał swoją karierę, stoi na swoim, a ludzi, o których nawija w „Modlitwie”, raczej już nie spotyka. Modły zostały wysłuchane. (Kajetan Szewczyk)

4. „Chaczapuri” (2016)

 O zamiłowaniu Jacka do robienia kuchennych rewolucji w obrębie rapowych porównań i metafor miałem już okazję powiedzieć kilka słów w tym trzyczęściowym artykule. Z pozoru oczywisty, oszczędny beatowo track jest jednak czymś więcej niż tylko zabawą słowem podczas podróży za niejeden talerz. To bardzo ważny element bałaganiarskiego uniwersum tematycznego, które po okrzepnięciu dało polskiemu rapowi nowego niespodziewanego bohatera.

Skumanie się ze Step Records i wypuszczenie tam „Źródła” wcale nie ucięło Kazowi Bałagane jaj. Dowód? Romans z mainstreamowym labelem był ledwie mgnieniem, bo stołeczny narrator postanowił zbudować, obok głównego nurtu i podziemia, swój Narkopop. Dzięki charyzmatycznemu „Radiu Gruz”, na którym znalazło się „Chaczapuri”, poszedł w kierunku czegoś więcej niż tylko muzyki. Poszedł w kierunku movementu.

Jakim bohaterem jest Kaz? Flint pisał niedawno o „karku deluxe”, ja doprecyzowałbym tę frazę obrazowym dopiskiem: „elegancki pan z ciemnych bram”. Z gąszczu stołecznych linijek wyskoczył ulicznik zrywający z szeroko rozpowszechnionym wizerunkiem grubo ciosanego, napakowanego półgłówka. Nagle okazało się, że można być bossem nielegalnych interesów i aktywnym lokalsem Mekki wszelkiego ścierwa, a jednocześnie mieć szybki mózg, fantazję językową, mocną podbudowę popkulturową i nieustającą ciekawość życia. Ta ostatnia objawia się choćby właśnie w „Chaczapuri”, będącym i prostym przelotem po kuchniach świata, i – na zasadzie opozycji – bardziej skomplikowanym spojrzeniem na ludzi z wąskimi horyzontami. Jak to u Kaza – nie tylko tymi kulinarnymi. (Krzysztof Nowak)

3. „Żołnierz” (2019)

„Siemasz, jestem Jacek, nikt mnie prawie nie zna / Na ogół dziwny typek, zapytania znak” – zaczyna Bałagane ten numer. I właśnie to jest najlepsze w płycie „Polska gotówkowa”, że po tym znaku zapytania pada parę odpowiedzi. Burzliwe życiowe okoliczności – aresztowanie po koncercie we Wrocławiu i rola świeżo upieczonego ojca zaowocowały płytą mniej fifa-rafa, zaskakującą dojrzałością i osobistym charakterem, nawiniętą do bitu jednego producenta. Tak ludzki Kaz nie był chyba od „Lotu 022”.

Nie od dziś wiadomo, że ci chowający się za maską chama i mizantropa, bywają najbardziej romantyczni. Tu Clyde napierdala do swojej Bonnie, współudział w zbrodni zwanej miłość, te sprawy. I czy można sprzedać lepszy komplement niż „Kupię wszystko, w czym wyglądasz dobrze / Czyli kupię wszystko”. Odpowiadam: nie. I „mój żołnierz” zdradza więź o wiele silniejszą niż jakaś wyświechtana „moja księżniczka”.

I już bez rozczulanka, bo „Żołnierzowi” należy salutować z czysto rapowych powodów. Dwuwers „Tu, gdzie same szklane domy i meliny / Na klatówie zapach parafiny” na pewno wkurwił Sokoła. On by chciał go sam napisać, to żaden Hasselblad, to teleport. Dobrze to jest wszystko zarapowane i wymyślone, zwrotki, mostek, refren. Sekwencja „wracaj tam / Chaka Khan / Bataclan” to jedne z moich ulubionych zbitek rymów w polskim rapie. (flint)

2. „Jefe” (2018)

To był dziwny, ale na szczęście krótki okres Kaza. Zaraz po wydaniu „Chleba i miodu” wierny dotąd obóz podzielił się na dwie części. Jedni byli zachwyceni powrotem do mrocznych storytellingów opisujących nie do końca kolorowe życie w stolicy, drudzy już mieli zwyczajnie dość i nie do końca byli w stanie zrozumieć niektóre przypały w stylu „Alvaro”. Wystarczyło jednak poczekać kilka miesięcy, żeby wszystko wróciło do normy i część od dawna murem stojąca za raperem mogła z dumą przypomnieć, kto jest prawdziwym jefe w rodzimym kurwidołku.

„Jefe” po prostu „szef”, chociaż cudzysłów wydaje się tu kompletnie zbędny. W tym luźnym, teoretycznie niczym niewyróżniającym się numerze, znajduje się wszystko za co kocha się Bałagane, więc nawet hejterzy, którym bliżej do klatek niż do biur, muszą przyznać, że wyraziste mutton madras jest lepsze niż delikatna korma. Własne miejsce, w tym wypadku ulica Saska w Warszawie, „Motomyszy z Marsa”, cierpy w Dacii Logan, niespełnieni jazzmani – to nie Warszawa Wojtka Sokoła, tylko rzeczywistość faceta, który w raptem kilku linijkach potrafi przemycić pełen obraz niezblazowanego miasta, ale i historii – zarówno miejsca, jak i siebie samego.

To właśnie na tym przykładzie doskonale widać, dlaczego Bałagane nie potrzebuje angażować się we wspominany w utworze boysband. W duecie z Belmondo już nagrywał, ale kiedy zastanawiam się nad powtórzeniem tamtej sytuację, dochodzę do wniosku, że między dwoma raperami byłaby zbyt duża przepaść. Z niegdysiejszych dwóch bossów został już tylko jeden. (Dawid Bartkowski)

1. „Spodenki do ćpania” (2017)

Co to spodenki do ćpania? – słuchając tego kawałka, to pytanie zadawał sobie pewnie niejeden z nas. Czy to specjalny fason? Spodnie, w których da się schować narkotyki? Nic bardziej mylnego – to po prostu kolejny zapadający w pamięć zwrot z kawałka Bałagane i poza tym, że wymyśliła go jego dziewczyna, nie stoi za tym wielka historia. Jacky niejednokrotnie przechwalał się, że wymyślił język, którym gada z kolegami, ale tym samym językiem zaczęła mówić hip-hopowa Polska: mordziaty, chleb, setki określeń na narkotyki czy opisujących genitalia (w tym numerze mamy przezabawne “kokony” i sugestywny “twardy czerstwy bochen”) i to jego spuścizna (pun intended) i wkład w hip-hopowy słownik. “Spodenki do ćpania” to też jeden z największych hitów w dyskografii Kaza. Chwytliwy bit Graczyka, wpadający w ucho refren, plastyczne wersy i charyzma Kaza, który rzucając nawet takie wersy jak: “Nie wysyłaj mi snapów z kreską / Kupiłem nowe krzesło, obrotowe/ Nie gram z koleżką w CS:GO”. Takimi kawałkami jest zresztą przepełniony cały “Narkopop”, być może najjaśniejszy punkt w jego karierze, choć rozumiem wyznawców kościołów pw. “SCiB”, “Lotu” czy “Radia Gruz”. To longplay, na którym Kaz był już w pełni ukształtowanym raperem, miał swój peak flow, ciągle błyskotliwe teksty, a po legalnym “Źródle” i “Radiu Gruz”, które przyspieszyły jego karierę, nie odczuwał już presji i nie musiał niczego udowadniać, bo armia fanów i tak stałaby za nim murem. Mimo tego zaprezentował jednego ze współczesnych klasyków, a tych na koncie ma co najmniej trzy. I to coś, czym dystansuje wielu kolegów po fachu (Mateusz Osiak)

CAŁA PLAYLISTA DO PRZESŁUCHANIA POD TYM ADRESEM