Stary Nowy Jork 2020 – Nas „King’s Disease” (recenzja)

Nowy Jork władców miał wielu, co i rusz pojawiają się kolejni, ale ten największy jest tylko jeden. I piszę to jako oddany (niegdyś!) fan Jaya-Z. Tekashi, ekhm, bój się.

Okej, żarty na bok. Nas tym razem bez kolejnych zaginionych taśm, ale z pełnoprawną, nową płytą będącą spełnieniem marzeń każdego dorosłego hip-hopowca, którego mało interesuje, co się dzieje w Cali. Bez boomerskiego zacięcia, ciągle o tym, co jest ważne, zwłaszcza w tych czasach i z perspektywy już nie z osiedlowej ławki, ale wygodnego biurka. I co najlepsze – zamiana siedziska na duży fotel nie zmieniła w nim nic.

Nasir nadal rządzi i co do tego nie ma żadnych wątpliwości, nawet wtedy, gdy ponownie wchodzi na niezbyt odkrywcze afroamerykańskie grunty, ciągle ogrywane na te same sposoby. Hołd dla całej czarnoskórej społeczności w „Ultra Black”, ich problemy w „The Definition”, obowiązkowy Malcolm X w „Full Circle”, które trzeba też chwalić za chwilową reaktywację The Firm, o wiele lepszą niż pełnograj z ’97. Nie można też mu odmówić pomysłowości, więc szacunek za „27 Summers”, łączące Klub 27, sukcesy i czasoprzestrzeń pomiędzy „Illmatikiem” a nowym dziełem. Najbardziej ujmuje jednak coś innego – w końcu wyselekcjonował beaty, które więcej niż połowicznie pasują do skali jego talentu. Produkcje Hit-Boya to więcej niż solidna średnia, która potrafi wybić się ponad stan, a i nie ma w zwyczaju schodzić do poziomu żenady.

Hit-Boy przesadnie nie kombinuje, nie ma zamiaru nadwyrężać palców na beatmaszynie, a pomysł samplowania dęciaków w „10 Points” to tutaj nie tylko wyżyny kreatywności, ale i wyjebki na wszystko i wszystkich jednocześnie. Tworzy bezpieczną atmosferę, zaczyna soulową próbką w tytułowym numerze, udaje The Roots w „All Bad”, daje się ponieść nostlagii w reminiscencyjnym „Car #85” czy „The Cure” (halko, twoja pani dzwoni po „God’s Son”), a we wspomnianym wcześniej „27 Summers” przez chwilę próbuje odnaleźć się w Atlancie. Gdy trzeba to i daje Lil Durkowi quasi trapową przestrzeń w „Til the War is Won”. Bez przesadnych kombinacji i tak dużo się tu dzieje jak na 13 tracków, więc chwała mu za to.

Wszyscy czekali na „King’s Disease” i co tu dużo pisać – warto było. Nie ma co narzekać na nudę, bo Nas wespół z Hit-Boyem nagrali pełnokrwisty hip-hop, który mimo braku fajerwerków, ciągle ma rację bytu w zalewie adlibów. To nie jest powrót, chociaż aż korci mnie, aby rzucić takim stwierdzeniem tylko po to, żeby potwierdzić, że „NASIR” był przystawką do najnowszego krążka, ale… nie. Jednak nie. Abstrahując od powyższych pochwał, to po prostu kolejny z tych albumów, które w żaden sposób nie zmieniają historii świata, nie zapisują się też w swoim roczniku, poza tym za żadne skarby nie grozi im wysokie miejsce na końcoworocznych listach (a jednak znalazł się w paru, np. w podsumowaniu Billboardu – przyp. red).

Dawid Bartkowski

Nas „King’s Disease”, wyd. Mass Appeal

Ocena: 7 / 10