Rap, którym tętnią bloki i fury. Top 25 Pezeta

Przyniósł osiedlom ogień, a właściwe Płomień. Wycisnął wszystko z klasycznego rapu, potem oswoił go z depresją, aż wreszcie poszedł do nowej szkoły, kiedy ta nie była na dobre otwarta. Znikał i wracał, spowiadał się i beształ, zmieniał się, by sobą pozostać. Pięciu dziennikarzy uaktywnia szósty zmysł i wybiera 25 numerów Pawła z Ursynowa (ztj. dobry bit i tekst), dokumentując etap spokojnego chłopca, opornego gościa i świadomego swojej pozycji artysty.

25. „Nauczysz się czekać” (2019)

Wyciąganie wniosków na temat kawałka tylko po lekturze linijek w nim zawartych to głupota, o czym przekonuje „Nauczysz się czekać” z „Muzyki Współczesnej”. Czy to znakomicie poskładany, skrzący się błyskotliwością tekst? Nie, ale sam track jest czołówką twórczości Pezeta, jeśli chodzi o zamysł całości i adekwatność środków. Za tak niestandardowe, niepolskie bity jak ten Auera powinno się płacić złotem najwyższej próby; przestrzenny, chłodny wokal przebija się przez tę rwaną, często nieregularną gmatwaninę dźwięków, jest zaskakiwany zjawianiem się znikąd kolejnych elementów, musi na bieżąco szukać rytmu w niepokojąco rozedrganym środowisku. Wysiłki nie idą na marne – ciężko bowiem znaleźć lepsze towarzystwo muzyczne dla ułożonej ze strzępków zdań opowieści o degeneracji i rozpadzie przygniecionego przez życie związku. (Krzysztof Nowak)

24. „#1” (2007)

Jedną z najlepszych rzeczy w Pezecie jest zdolność do przeobrażania się z płyty na płytę. Za pomocą „#1” przedstawia się tak, że już po chwili wiesz jakim „Muzyka Rozrywkowa” będzie krążkiem. I że wszyscy czekający na powtórkę „Poważnej” mogą iść pod Monar popłakać za swoimi byłymi. Jest to też otwarcie pełne absolutnie nieudawanej pewności siebie; facet może prezentować się jak Harry Potter, jednak czaruje jak Sauron, dosiada wkurwionego, narowistego bitu i trzyma się w jego siodle, jakby się w nim urodził. Bębny dudnią, skrecz zacina w refrenie, ale to już nie jest stara szkoła, o nie. Kogoś może bawić to, że gość nawija „najwyższy czas już zepchnąć starą gwardię ze sceny”, podczas gdy sam był wtedy w grze prawie dekadę, ale litości, tu przecież chodzi o Lady Panki i Perfecty, nie innych raperów. Zresztą jakich innych raperów, z czym w ogóle do pana Pawła. „Ja i ten podkład zupełnie jak Peja i Decks” – obwieszcza sam zainteresowany i tu śmiać się wolno, a nawet trzeba. Nie no, jednak lepiej niż oni. (flint)

23. „Lojalność?” (2007)

To numer niedoceniony, a jeśli chodzi o tekst, jest w ścisłej czołówce „Muzyki Rozrywkowej”. Być może ludzi odrzucał bit Szoguna, który spodobałby się fanom ówczesnych dokonań Lil Wayne’a, ale lata temu ten sam producent zaszczycił nas w 2013 roku oszczędnym remiksem, dającym tekstowi Pawła wybrzmieć (i jeszcze w bonusie dorzucił zwrotkę Flinta – red.). Tekstowi, dodajmy, który wówczas miał sześć lat, a wciąż trzymał poziom. I trzyma go do dziś. „Lojalność?” jest synonimem warszawskiej cwaniackiej nawijki, która łączy pewność siebie z obserwacją otoczenia i czyhającym gdzieś między wersami niedopowiedzeniem. Czuć, że gdyby Pezet bardziej pociągnął linijki, to mógłby skończyć kilka karier. (Kajetan Szewczyk)

22. „Jestem przeciw” (2005)

No dobra, ten bit z prymitywną perkusją na „łup” i „bęc”, a do tego groźnym plastikowym pianinkiem dziś głównie bawi. Nie pomaga też cringe’ujący refren. W ogóle trzeci Płomień 81 to paskudna płyta – zarówno kiedy wychodziła, jak i teraz. Ale za to po pezetowym wersie „kurwo zakłamana, przecież sam to jarasz” wydawanie legalizacyjnych składanek w typie „Grubych Jointów” przestało mieć sens. „Zdjąłbym Kaczyńskiego i jego czystki” powinno być zaś cięte przez DJ-ów w tych wszystkich, jakoś ostatnio częstszych antysystemowych songach. Wiadomo, smuteczek sprzedaje, ale z pobudek czysto artystycznych warto byłoby wkurwiać Pezeta częściej. (flint)

21. „W branży” (2004)

Niby część „Muzyki Poważnej”, a samobieżny czołg, który jest jednocześnie wielopoziomowym manifestem. Nie ukrywam, że to dla mnie najlepszy numer tego duetu; tu wszystko mówi, że Pezet nawijać umie, że robi to dobrze, że pisze świetnie, że Noon jest zajebisty, zaś ta scena prawdopodobnie zabierze chłopakom więcej, niż kiedykolwiek będą w stanie z niej wyciągnąć. Każdy młody raper powinien wbić sobie ten utwór do głowy, bo jeśli odniesie choć namiastkę sukcesu, to może już wkrótce nawijać dokładnie o tym samym. Chwała Bogu Webberowi, że pożyczył Bugajakowi winyl, z którego ten wyrezał sampel. Tak się robi hip-hop, a efekt na wokalu tylko dodaje całości surowego sznytu. (Kajetan Szewczyk)

20. „Nie musisz robić” (2001)

„K2”, a więc druga część kompilacji producenckiej O$ki, to płyta zajebista i zarazem zajebiście zapomniana. Złote czasy polskiego rapu, plejada lepszych i gorszych MC’s, których łączyła zajawka, wspólnie spędzany czas i wnikliwe obserwacje dotyczące pogardzanego wtedy jeszcze bananowego towarzystwa. Na szczególną uwagę zasługuje kilku graczy (np. Fisz i członkowie Grammatika – red.), ale najmocniej wybija się Paweł z Ursynowa, występujący tu w towarzystwie Małolata i (Diz)Kreta. Wciąż w dresiku, jeszcze z manierami godnymi pierwszego, jakże zacnego i również niedocenianego Płomienia 81 (ach, te rymy „kreatywnego-wszystkiego-credo-jego”). Absolutnie genialna prostota i wersy rzucane jakby od niechcenia, czyli obraz polskich podwórek chwilę po milenijnych obawach. Generalnie dzięki „Nie musisz robić” wiadomo z kim się trzymać i jakie ruchy należy wykonywać. Proste rady są najlepsze, przydają się zwłaszcza na – nomen omen – ośce, tam, gdzie nie rządzą smartfony i dyskusje o skillach w grze FIFA. (Dawid Bartkowski)

19. „Te same dni, te same sny” (2002)

Ilekroć słucham tego kawałka, tylekroć zastanawiam się, o ile większym klasykiem mógłby zostać, gdyby Ash, poetycki i przez to mało przystający do swoich czasów, nie rzucił (skądinąd bardzo dobrej) zwrotki o swoich zmaganiach z rzeczywistością. Zamiast tego powinien tylko dopełnić storytellingowo do bólu ludzką historię Pezeta zasłyszaną od niegdysiejszego króla nielegalu, który upadł i na dnie odnalazł szczęście. Abstrahując jednak od swego rodzaju niedosytu – to wciąż mocarna rzecz, nad wyraz dobrze napisana, oddająca moment w dziejach naszych rymów i bitów, z grubo ciachanymi próbkami i skreczami będącymi czymś więcej niż tylko ornamentami. Jeden z najbardziej uniwersalnych numerów polskiego rapu i godne domknięcie płyty „Muzyka Klasyczna”. (Krzysztof Nowak)

18. „A mieliśmy być poważni” (2004)

Utwór opisujący melanżowe doświadczenia z klubu to najbardziej swawolny moment „Muzyki Poważnej”. Noon ledwo utrzymujący się na nogach, Pezet tańczący jak palant, kolejne lufy wlewane do gardła. Choć to dość plastyczny obrazek, „A mieliśmy być poważni” nie jest wielkim storytellingiem, ba, to nawet nie jest pijacki hymn. Natomiast ten zamroczony alkoholem kawałek to wentyl spuszczający nieco powietrza z kręgu tematycznego, w którym obraca się drugi album duetu oraz dowód na to, że Kapliński nawet głupoty dnia przepitego umie ubrać w odpowiednie słowa. (Mateusz Osiak)

17. „Gdyby miało nie być jutra” (2007)

Gdybym miał dziś pisać nie na serio o tym utworze, to naskrobałbym coś o tym, że stary Eis przejął ciało Pezeta, nakirał się, obejrzał „Urodzonych morderców” i wszedł do studia cały nabuzowany. A tak muszę pisać o pewności w nawijce, nonszalancji i autentycznej straceńczości numeru, który jedzie i nie interesują go hamulce, bo zwalniać nie zamierza. Znowu bębny na „łup” i „bęc”, znowu groza syntetycznych pianin, a nawet znowu wizja „zdjęcia komendanta”, ale to solowa „Muzyka Rozrywkowa”, nie Płomieniowe „Historie z sąsiedztwa” i jednak inna klasa niż „Jestem przeciw”. Kociołek umie najwyraźniej w dramaturgię i detal, tu mu coś zacharczy przesterowane, tam pauza nada impet. I jedno szarpnięte „Eeeeeej” Pawła za większość ad-libów Bedoesa. (flint)

16. „Nagapiłem się” (2010)

Jednym z momentów wytchnienia na wypełnionym bangerami i bardzo elektronicznym jak na tamte czasy albumie „Dziś w moim mieście”, wspólnym dziele braci Kaplińskich, był jeden z najgłośniejszych singli roku, czyli „Nagapiłem się”. Pezet i Małolat wzięli sobie do pomocy Małpę, wtedy najpopularniejszego podziemnego rapera, i stworzyli komentujący rzeczywistość kawałek o ludziach i sytuacjach, na które patrzą już zbyt długo. Trzy style, trzy charaktery, trzy punkty widzenia i niesłychanie charakterystyczny sampel – to nie mogło się nie udać. I nie przeszkadza nawet fakt, że Małolat przepisywał linijki z książek Waldemara Łysiaka. (Mateusz Osiak)

15. „Ostatni Track” (2013)

Gdy Pezet dopiero zaczynał budować równoległy do (nie)regularnej dyskografii projekt pt. „Muzyka Reklamowa”, zdarzało mu się mocno dostawać po głowie za łeb do monetyzacji talentu. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak nieśmieszny wujowski żart – nie dość, że facetowi spuchła kieszeń, to jeszcze dostaliśmy kilka świetnych kawałków, które nie mają nic wspólnego z bezpiecznym excelowym korpo music. Ba, „Ostatni Track” to wręcz koń trojański; komercyjna współpraca przyniosła kolejne w karierze gorzkie rozliczenie z rapową branżą i lifestyle’owym blichtrem, podane na nowatorskim bicie Auera, który wkomponował dodatkowy rozmyty głos w stałą kodeinową błogość i okresowe przyspieszenia akcji serca. Wizjonerski evergreen, nie tylko dla wynagrodzeń. (Krzysztof Nowak)

14. „Zaalarmuj” (2010)

Po premierze „Muzyki Rozrywkowej” Pezeta śmiało można było stawiać jednocześnie wśród najlepszych panczlajnerów i twórców agresywnych przebojów w Polsce. Miał charyzmę, którą popierał dobrze poskładanymi i celnymi linijkami, często wymierzonymi w celebrytów. Na „Zaalarmuj”, najostrzejszym kawałku z „Dziś w moim mieście”, kontynuuje ten styl, czego dowodem chociażby wysyłanie Piotra Kupichy i Michała Wiśniewskiego po kawę jednym wersem. Zmieniły się za to bity, ale i elektroniczny podkład PZU umie wziąć za ryj, zaś chemia między nim a Małolatem działała w tej współpracy nad wyraz dobrze. (Mateusz Osiak)

13. „Slang” (2002)

Pezet nawiązuje tutaj wprost do utworu „Ebonics” Big L-a, jednego z najzdolniejszych nowojorskich raperów, zastrzelonego u siebie na Harlemie pod koniec lat 90. I starczy powiedzieć, że kiedy usłyszałem „Slang” w okolicach 2005, może 2006 roku, to wiele z opisanych określeń już miało nowe odsłony, jednak spora część funkcjonuje aż do dzisiaj. W każdym razie nasz rap, choć sam pełni niejako rolę archiwizatora polskiej myśli społecznej ukutej w głowach młodych gniewnych z blokowisk, nie wydał na świat aż tak dużo tracków, które mogłyby konkurować z tym, obecnie opisywanym dokumentalnie. Ten kawałek, na „Muzyce Klasycznej” wjeżdżający po „Senioricie”, mógłby być skitem i szkoda, że „Slang 2” nim nie był. (Kajetan Szewczyk)

12. „Noc i dzień” (2007)

Szpony melanżu, którym nikt nie zrobił manicure. Taki chaos i natłok wrażeń, że słuchając, od razu z ulgą myślę o włoskach w swoich dziewiczych dziurkach od nosa. W sumie to tak mocne, że nie musi być do ćpania, może być zamiast. Brawo Pezet, cześć Małolat, piona Fame District, ale to przede wszystkim triumf producenta, w którego ręku raperzy byli jedynie zajebistym instrumentem. Fajnie, że niczego mu nie zepsuli, bo to wyprzedzało swoje lata, jak większość „Muzyki Rozrywkowej” zresztą. Szogun podszedł do mainstreamowego zupełnie tematu jak do alternatywy, niemal IDM-owo. Całość skwierczy, łamie się, przesuwa, skrzypi. Krótko mówiąc – rozpierdala. Mam nadzieję, że autor, choćby białymi tunelami chodził, bangerów się nie ulęknie. Bo producencko też wypadałoby odróżnić chłopców od mężczyzn. (flint)

11. „Zimnafuzja” (2002)

Wcale nie taka zimna, a już na pewno rozpalająca każdego, kto w 2002 roku nosił szerokie spodnie i słuchał rapu. I w 2010 też tak było (może poza spodniami – red.). I jest również w 2021. Noon w swoim klasycznym stylu skomponował dźwięki jak Vivaldi, z tą przygaszoną, jakby niechlujnie bijącą perką. „To czysty sampling, to wersy, które zrobią wam Sajgon” – pada w utworze, po czym palmę pierwszeństwa przejmuje dwóch najlepszych wówczas raperów na polskiej scenie. To rywalizacja w obrębie jednego podkładu, prawdziwy popis skilli i wyścig na coraz to bardziej zabójcze linijki. Z jednej strony Pezet grzeje teren jak termos, ma czelność robić oponentom terror jak w minione lato, z drugiej Fokus, który wydaje się operować raptem trzema sylabami, ale i tak robi hit w mig dla sztuki, dopóki powierzchni tnących doszczętnie nie stępi. Na koniec adios i, co tu dużo mówić, mikrofon błyszczy. Zniszczyli pizdy. (Dawid Bartkowski)

10. „Kilka lat później” (2004)

„Dobra częstotliwość” Praktika to zapomniany diament polskiego rapu. Przepiękne chillujące bity i znakomici goście, w tym Pezet i Ten Typ Mes, których połączenie sił zawsze skutkowało przynajmniej porządnymi numerami. Nie inaczej jest tutaj: ten pierwszy krytycznie spogląda na to, co dzieje się ze sceną (przypomnijmy, że dominowało wtedy hiphopolo), drugi – ówczesny król hooków – rzuca dość melodyjny i chwytliwy refren. Ciekawie słucha się tego kawałka z perspektywy czasu, gdyż można odnieść wrażenie, że panowie dissują samych siebie z przyszłości. Bo czy Pezet nie popełnił „komercyjnej zbrodni”, a Mes nie popada w „tanie moralizatorstwo” i „przepisywanie Wyborczej”? Jakkolwiek to oceniać, trafnie tu przewidziano, że na scenie zostaną na lata. (Mateusz Osiak)

9. „Niedopowiedzenia” (2012)

Nie mógł sobie Czarny – producent, z którego płyty pochodzi ten numer – wymyślić lepszego openera. Najlepszy podkład w karierze (tak, tak, niech ktoś mi spróbuje wytłumaczyć, że jest inaczej!), doskonały hitowy singiel. Wszystko zgodzi się nawet alternatywce szukającej tu gitary, która próbuje złamać skoczny podkład. Rządzi jednak Pezet, który znów bawi się w na poły obserwatora, na poły filozofa relacji, a i przymoralizować potrafi tak, że ciężko się z nim nie zgodzić. Jak poznawać ludzi, starać się utrzymywać relacje i nie krzywdzić ursynowski raper wyjaśni lepiej niż Mateusz Grzesiak. Kiedy trzeba to i mentalnie poderwie i pogłaszcze. „Twoje oczy trochę smutne chyba patrzą prosto w moje i / nic nie mówisz znów, ja milczę też, ale oboje / mówimy <chyba chcę, lecz wybacz, wiesz, trochę się boję>” – no nie mówcie, że nie działa. Egzaltacja Bisza, ale w jakim stylu! (Dawid Bartkowski)

8. „Rap robię” (2002)

Pierwsze słowa tego utworu sugerują, że będziemy mieć do czynienia z przedsenną modlitwą o obfitość weny, dar dokonywania mądrych wyborów i łut szczęścia, które summa summarum pozwolą z rozumem i godnością człowieka żyć z rapowania. Ale nie, to ledwie ułamek prawdy o „Rap robię”. Lwia część kawałka to emanacja silnych stylów, które w porozumieniu i zrozumieniu starają się zamanifestować miłość do nagrywek i niechęć dotyczącą wejścia w tryby maszyny, ale jednocześnie zdać rzetelny raport z warszawskiej ośki, która tętni muzyką i goni wszystko, by mieć na cokolwiek. Ten dualizm świadomie wsparł Noon, proponując podkład niby spokojny, a jednak bojowy, z twardymi, pociągniętymi do granic potencjału dźwiękami. Nie dało się zrobić tego lepiej, prawdziwa klasyka muzyczna na „Muzyce Klasycznej”. (Krzysztof Nowak)

7. „Re-fleksje” (2002)

Nie ma co ukrywać – ten numer, będący singlem promującym wspólny debiut Pezeta z Noonem, nie istnieje bez bitu tego drugiego. Raper jest tutaj świetnym akompaniamentem, jednak przede wszystkim właśnie nim. To niosąca perkusja, majaczące uwodzicielsko wokalne sample i aranż robią z tego wehikuł, który przenosi nas w inną rzeczywistość. To jeden z tych kawałków, który zmienia optykę sytuacji, kiedy zostanie włączony. Jeśli duet miał być czymś na kształt polskiego Gang Starra, to „Re-fleksje” trzymają proporcje, a więc prymat producenta nad MC. Przy całej magii podkładu Pezetowi udało się jednak przemycić kilka bon motów, które do dzisiaj zna każda hiphopowa głowa. (Kajetan Szewczyk)

6. „Retro” (2004)

Ciężko to sobie wyobrazić – „Muzyka Poważna” ma już 17 lat („Spójrz na zegarek, zobacz, jak szybko czas mija”), a brzmi tak, jakby wszystko zatrzymało się właśnie wtedy, gdy co wrażliwsi ustawiali sobie na GG opis „Pieniądz i czas to najwięksi terroryści”. Rozbrzmiewający w tle tryptyku „Retro” czasomierz robi jednak swoje, wspomnienia ruszają i podążając za myślami Pezeta człowiek zaczyna się zastanawiać, co słychać u jego kolegów bądź koleżanek sprzed lat. To niełatwe, bo wspomnienia rapera są lapidarne i dosadne, nie zawsze dobre. W jego linijkach zadamawiają się życiorysy, w których nie brak emigracji, bezdomności, chorób, nałogów i zazdrości. To, co osobiste, staje się diagnozą społeczeństwa. „Będzie dobrze dzieciak” – rapuje, nawiązując do hitu Molesty. A słuchacz wie, że wcale dobrze nie będzie. Coś nieodwracalnie zabrano, dając w zamian brzemię. (Dawid Bartkowski)

5. „Gubisz ostrość” (2004)

Pezet może się zapierać do woli i udzielać setek wywiadów, ale obecnie wcale nie pisze lepiej niż kiedyś. „Gubisz ostrość” to nie są plastycznie zbudowane opisy, bo ten utwór to coś więcej. Jest jak tampondruk nałożony na rzeczywistość i każący postrzegać ją taką, jaką widzi ją Paweł. Świetnie skonstruowany tekst z charakterystycznymi dla PZU powtórzeniami dopełniony jest stroną wykonawczą, czyli pewnym, młodzieńczym flow i brakiem nadmiernego akcentowania wielokrotnych. Do dzisiaj jest to jeden z najlepiej napisanych kawałków w polskiej muzyce po 2000 roku.

Ascetyczność bitu Noona z wyraźnymi bębnami, dobrze zaaranżowanym basem i rozpoznawalnym już na pierwszy rzut ucha rozłożeniem sampli po panoramie łatwo mogła zostać przywalona nawijką nieumiejętnego rapera. W tym przypadku stało się inaczej – to nie gadanie do podkładu, a razem z nim. Każdy nastolatek powinien zapoznać się z tym trackiem niezależnie od tego, jakiej muzyki słucha. Sądzę, że mogłoby to być w jakiś sposób doświadczenie dla niego formujące. (Kajetan Szewczyk)

4. „Nie jestem dawno” (2004)

Wybór jednego szlagieru z „Muzyki Poważnej” wręcz graniczy z cudem, ale gdyby ktoś postawił mnie pod ścianą, to wskazałbym „Nie jestem dawno”. Pomijam banał, jakim jest „tutaj zgadza się wszystko”, choć to przecież zgodne ze stanem faktycznym. Cała kompozycja zaprasza do swojego mikrokosmosu złożonego z problemów dnia codziennego, ale i tych długofalowych, których konsekwencje ponoszą również inni. Imponująco napisane, pozwalające poczuć ciężar sytuacji. „Mam rodzinę, mój ojciec więcej musi płacić znów / na rodzinę, za chwilę straci luz, straci wóz” zostaje zrównoważone przynoszącym nadzieję, znakomitym „Jesteśmy kwita z rapem, chyba lat przybywa, czasem myślę / Wiesz kochanie, może ty ze mną razem znikniesz?”. Próbom odpowiedzi na skomplikowane pytania („Przyszłość? Licytacja, którzy więcej zgarną, to wszystko”) towarzyszą zabawy językowe („hip-hop hobby”).

„Łatwo stracić siłę, wszystko trafił chuj, szukam pracy znów” – w tych wersach jest uniwersalna życiowa prawda, w okresie pandemicznym aktualne jak nigdy dotąd. Utwór brzmi momentami niczym mantra, ponadprzeciętna piosenka dla przeciętnego Kowalskiego, ponadczasowa. Dopieszczają ją cuty, które faworyzują rodzinę Kaplińskich, mimo że znajduje się w nich miejsce dla Szczecina, Konina i stołecznego Bemowa. Daleko od pop-artu, ale jakże blisko art-hopu, o ile taki jesteśmy sami w stanie wymyślić. (Dawid Bartkowski)

3. „Dom” (2019)

Wymowne, że na górę zestawienia nie trafia jeden z głośnych singli z powrotowej „Muzyki Współczesnej”. Tu akurat nie było dopracowanego wideoklipu, clubbingu i modnych gości, niczego, co pokazywałoby sznyt produkcji wykonawczej. Raczej garść bolesnych, niedopowiedzianych wspomnień. Wiele niewykalkulowanych odsłonięć pozwalających wbijać szpilki w stylu „o, serio chłopie, tak ci źle z tą sławą?” i „wiesz, my tu nie śpimy po nocach z powodów trochę innych niż to, co wciągałeś”.

Obyło się jednak bez tych jakże pomocnych bon motów współczesnego internetu w rodzaju „idź do pracy”, „ciekawe co na to twoje dziecko” albo „zabij się”. Może dlatego, że to muzyka nocy, cienia i łez, która nie śmieszy, a rzeczywiście angażuje. Trzeba być Pezetem, żeby w 2019 podać coś tak śmiertelnie serio, poczęstować ryzykownym, niekończącym się popowym refrenem, pojechać ponad czterominutowym melodramatem najeżonym, delikatnie rzecz ujmując, średnio efektownymi przyspieszeniami. I wygrać.

Wyszła z „Domu” muzyka poważno-rozrywkowa, depresyjno-dekadencka, a zarazem tak współczesna, jak sugeruje tytuł płyty, na której się znalazła. To nie jest reedycja „Gdzie jest Eis?”, numer operuje na takich rejestrach, że śmiało mógłby się dograć do niego Bedoes albo Szpaku. Wcale nie dlatego, że proszek jest biały, a włosy różowe. (flint)

2. „Szósty zmysł” (2004)

Centralny punkt „Muzyki Poważnej” to gorzka diagnoza polskiego społeczeństwa na przełomie transformacji. Alkohol, szczególnie wódka, płynęła w żyłach milionów Polaków, pomagając przytępić zmysły, zapomnieć o trudnej sytuacji w kraju, ale też wtedy, gdy trzeba było coś załatwić, pozwalała ubić interes czy wznieść toast w momencie dobicia targu. Każda linijka Pezeta niesie przytłaczający ciężar, a co gorsza brak nadziei na zmianę sytuacji, wszak „żaden z mych ziomów nie ustawia się na szachy”. To być może jeden z najważniejszych tekstów dotyczących „pierwszego wolnego pokolenia skażonego PRL-em”; tekst nadający się do podręczników języka polskiego; tekst, z którym starsi mogą się utożsamiać, a młodsi – wolni od „skażenia” – powinni się na nim uczyć zrozumienia dla starszych pokoleń, pogardliwie nazywanych „Januszami” i „Grażynami”.

Zapomnieć nie można także o melancholijnym, potęgującym beznadziejność sytuacji i wprawiającym w ponury nastrój bicie Noona, który jak zwykle dopieścił produkcję do granic możliwości. Nie dziwi zatem, że „Szósty zmysł” trafił do „Antologii polskiego rapu” jako jeden z 200 opisanych tam utworów, został wybrany singlem roku 2004 według „Ślizgu” i singlem dekady według Popkillera. Przy tym wszystkim nie przestał rezonować. Od lat wersy Pezeta w postaci cutów trafiają do innych kawałków – od Jeden Osiem L do PRO8L3M-u. (Mateusz Osiak)

1. „Ukryty w mieście krzyk” (2002)

Było nas pięciu, każdy z nas w innym zadęciu, ale w przypadku tego numeru byliśmy wyjątkowo zgodni – w indywidualnych zestawieniach „Ukryty w mieście krzyk” cztery razy pojawił się na pierwszym miejscu, zaś raz wylądował bardzo wysoko, bo tuż za podium. Niecodzienna sprawa.

To, co pierwsze rzuca się w uszy (o ile człowiek zna utwór „The Lake” Mike’a Oldfielda), to wzorcowa praca z samplem. Niby brzmi on ciągle jak autonomiczna część jakiejś innej historii muzycznej, ale zarazem naturalnie przychodzi mu stanie się bazą czegoś równie autonomicznego. Przy akompaniamencie pokornie wykonującej zadania perkusji i pośród nieco odrealnionych poruszeń strun Pezet wykłada się na kozetce i rapuje o rapie tak, że w lot zaczynasz wierzyć, iż naprawdę jest to dla niego sprawa życia i śmierci. Utwierdzasz się w tym przekonaniu, gdy niepyszny, ze smutkiem, przyznaje, że trzeba podpisać cyrograf i oddać część siebie, by żyć z pasji. Kibicujesz jego i jemu podobnym drodze, gdy zdajesz sobie sprawę, że masz przed sobą człowieka niezrozumianego, widzianego przez dulszczyźniane społeczeństwo jako łysego, zakapturzonego ciemniaka, którego największą ambicją jest podpierdalanie portfeli tego świata, a fanaberią – tworzenie muzyki dla innych ciemniaków. Nie ma w nim jednak złości; to nie rzucenie się na kraj z shotgunem strzelającym pretensjami, tylko cichy głosowo i donośny treściowo sprzeciw wobec generalizacji i podcinaniu skrzydeł, pociągnięty z głowy, serca i wątroby. Bez dwóch zdań: mówimy o najmocniejszym punkcie „Muzyki klasycznej”, epokowym osiągnięciu nadwiślańskiego rapu, które łączy kolejne pokolenia słuchaczy (i raperów, o czym świadczy remix Żabsona), a nie odgradza je od siebie coraz wyższym i masywniejszym murem. (Krzysztof Nowak)